Amelie
klęczała na swoim śnieżnym dywanie. Jej drobne i blade dłonie leżały na
kolanach. Jej błękitne oczy świdrowały po pokoju. Po lewej stronie było łóżko z
dokładnie naciągniętą narzutą, erażetka i lampa nocna. Po lewej było biurko na
którym stał laptop, krzesło i mała szafka, a naprzeciw niej było okno
wychodzące na zatłoczoną ulicę.
Dziewczyna wstała w lekkim zamyśleniu. Jej
sięgające łopatek falujące blond włosy były zaczesane w dokładny kucyk. Do tego
miała na sobie luźną białą koszulę i jeansy. Stopy miała bose.
-Gdzie
jest moja mała siostrzyczka? –usłyszała z korytarza głos Nathaniela jej
starszego brata. Nate miał dwadzieścia lat. Piękne, włosy o barwie piasku,
brązowe oczy, które wyrażały wszystko to co czuł. Piękna, silna postawa i lekko
opalona skóra.
Amelie usłyszała kroki, a potem skrzypnięcie
otwieranych drzwi. Nate wyglądał olśniewająco jak zawsze. Miał na sobie czarną
bluzkę i luźne jeansy. Ostre rysy i
długie rzęsy. Ich matka, pani Quinn uwielbiała patrzeć na chłopaka. Za to
Amelie mogła się cieszyć wspaniałą figurą i
pięknymi oczami. Dziewczyna miała wzięcie u chłopaków tak jak jej brat u
dziewczyn. W końcu Nate’owi zachciało się ustatkować.
Jutro był jego wielki dzień miał wziąć ślub z
piękną, mądrą, miłą i kulturalną Eleonorą Larc. Jego narzeczona miała krótkie,
sięgające ramion włosy o barwie kory z drzewa, kalifornijską cerę i czarne
oczy.
-Wszyscy
cię szukają –powiedział i ręką przejechał po swoich włosach.
-Wszyscy…
Wszyscy znaczy nikt. Prawda? –Spytała i podeszła do okna. Pogoda była okropna.
Padało.
-Am…
-Zaczął Nate ale się powstrzymał.
-Słucham
braciszku –Powiedziała i uśmiechnęła się ironicznie.
-Siostrzyczko…
-Nate nie dawał za wygraną. Amelie nawet nie spojrzała w jego kierunku.
Dziewczyna
powoli odwróciła się od okna i podeszła do drzwi. Otworzyła je i zbiegła po
schodach. Podeszła do drzwi wyjściowych.
-Czekaj!
~Lissa